Hilfe! Im Friedhof geschlossen

DSC_0110

Wczesnym wieczorem w niedzielę 3 kwietnia znalazłam mały urokliwy cmentarzyk w okolicach stacji Stadelhofen. Przechadzałam się, robiłam zdjęcia, oprócz mnie były tam jeszcze dwie osoby. Gdy już nasyciłam się zwiedzaniem i chciałam wyjść, stwierdziłam, że:

  1. brama jest zamknięta,
  2. nikogo oprócz mnie na cmentarzu nie ma,
  3. żadnej innej bramy ten cmentarz nie ma.

Następnie przeszłam naokoło, aby ocenić, jakie mam szanse wydostać się samodzielnie, i stwierdziłam, że niewielkie:

  1. z jednej strony cmentarza było urwisko,
  2. z drugiej ulica w wąwozie z 10 metrów niżej,
  3. z trzeciej ulica w wąwozie tylko 2 metry niżej i ze stosunkowo niskim parkanem, ale za to z poprowadzonym drutem kolczastym wzdłuż parkanu,
  4. z czwartej wysokie ogrodzenie i ta zamknięta brama.

Zastanawiałam się, czy nie zadzwonić do wspólokatorki i nie poprosić, żeby zrobiła dym (np. zadzwoniła na policję?), ale uznałam, że tę metodę zastosuję w ostateczności. Na szczęście było ok. 19:00, a więc jeszcze jasno i co jakiś czas ktoś przechodził ulicą w wąwozie. Puściłam wolno grupę seniorów, ale gdy zobaczyłam parę ludzi mniej więcej w moim wieku, zawołałam niemieckim bezrodzajnikowym: “Ich brauche Hilfe! Ich bin im Friedhof geschlossen!”.

Gdy już przeszliśmy na angielski, okazało się, że nie jest to cmentarz miejski, ale private (należący do kościoła), a takie są zamykane na noc. Świetnie, tylko że żadnych godzin otwarcia ani zamknięcia przy bramie nie podano! Super też, że bliźni odwiedzający cmentarz równocześnie ze mną nie pomyśleli o moim losie!

Skończyło się na tym, że wspinałam się na ogrodzenie, a potem z niego skakałam, co udało się tylko dzięki pomocy moich wybawicieli. Na pewien czas odechciało mi się jednak samotnych eskapad po Zurychu 😉

Sechseläuten i Schadenfreude

Poniedziałek 18.04 mieliśmy wolny, ponieważ przypadało akurat lokalne – zuryskie – święto Sechseläuten. Z grubsza odpowiada ono naszemu topieniu marzanny: pali się słomianego bałwana (Böögg). Z faktu, jak szybko wybuchnie głowa Böögga, wróży się, jakie będzie lato. Ale to jest kulminacja: wcześniej przez parę dni odbywają się imprezy towarzyszące, a w poniedziałek na plac z bałwanem zmierza pochód cechów. I teraz tak: całość jest wielką imprezą, do której przygotowania zaczynają się na długo przed datą zero. Za członkostwo w cechu płaci się ok. 700 CHF rocznie, za kostium na imprezę do 1000 CHF. Za miejscówkę do oglądania pochodu też się płaci. A w tym roku lało przez cały poniedziałek (już mniejsza o to, że było potwornie zimno). Oglądałam transmisję z pochodu w TV, odczuwając głęboką Schadenfreude z faktu, że ja siedzę i mam sucho, podczas gdy oni tyle zapłacili, a teraz maszerują w deszczu, z pelerynami na kostiumach :)

BTW dzisiejszy Tagblatt (der Stadt Zürich) donosi w rubryce Züri-Zahl minorowo:

DSC_0206

PS Okolicznościowe ciastka by Springli:

DSC_0198DSC_0197