Koronawirus: informacja sterująca a baner blindness

Koronawirus. Na drzwiach apteki jedna (a więc wzrok ją łapie) kartka o wchodzeniu pojedynczo – tylko 1 osoba naraz w sklepie. OK. Pusto, więc wchodzę, zbliżam się do ofoliowanego okienka, i… tu pani farmaceutka prosi o zachowanie większej odległości, tj. stanięcie na linii. Przepraszam ją, cofam się i dopiero wtedy dostrzegam a) linię wyznaczoną folią na podłodze, b) kartkę z prośbą o stanięcie na linii, umieszczoną poniżej poziomu wzroku osoby 164 cm. Na poziomie mojego wzroku są natomiast kartki sprzedażowe informujące o cenie maseczek itp. Myślę sobie: no cóż, baner blindness.

Banner blindness is a phenomenon in web usability where visitors to a website consciously or unconsciously ignore banner-like information, which can also be called ad blindness or banner noise. [Wikipedia]

Odsłona druga: stacja benzynowa. Tankuję samooobsługowo, wchodzę do budynku stacji, żeby zapłacić. Widzę troje klientów, więc instynktownie staję tuż przy drzwiach. Po chwili dostrzegam, że jedna z klientek jest z dwójką dzieci – decyduję się więc poczekać na zewnątrz. Wychodzę, staję przed drzwiami i dopiero wtedy dostrzegam dwie bliźniacze kartki przyczepione do obu połaci automatycznych drzwi rozsuwanych. Każda zawiera ten sam tekst o maks. 4 klientach naraz w budynku stacji. Po chwili moja jednoosobowa kolejka powiększa się o następnych 3 klientów. Przy czym, uwaga, wszyscy oni byli gotowi przekroczyć drzwi budynku (jak ja wcześniej), żaden nie zauważył kartki, wszystkich powstrzymała jedynie moja skromna osoba (wiekowo jak ja lub starsi, więc pewnie reminiscencja PRL).

Tu zaczęłam się zastanawiać: czy osoby organizujące w dobie koronawirusa pracę stacji czy apteki – a więc wynikowo zarządzające informacją sterującą – w ogóle mają świadomość istnienia zjawiska baner blindness?

PS W środku budynku stacji zastałam miłą niespodziankę: otóż odpowiednia odległość klienta od sprzedawcy za ladą jest tu wymuszana zwykłą barierą fizyczną. Mianowicie przed ladą ustawiono po prostu dwa krzesła! (Pogratulowałam pani kasjerce doskonałego projektu; odrzekła, że nie wszystkim klientom się to podoba…).

Brak feedbacku – przycisk przy przejściu dla pieszych

Chyba w całej Warszawie konsekwentnie wymieniono przyciski uruchamiające zielone światło dla pieszych. Na gorsze. Otóż kontrolka sterująca powinna – poza efektem – dawać userowi feedback, że zarejestrowała żądanie. Stary typ przycisku, dostępny kiedyś m.in. przy przejściu przez Powsińską na wysokości pętla Sadyba, taki feedback dawał: przycisk był miękki; czułeś, że coś wciskasz, a po wciśnięciu przycisk świecił się na czerwono. Nowy model ma tylko MIEJSCE DO DOTYKANIA. Dotykasz więc (trudno rzec, że przyciskasz, bo przycisk to to nie jest) i po kilkusekundowym opóźnieniu na ekranie wyświetla się na czerwono napis “Czekaj”. Dopiero wtedy wiesz, że “zadziałało”… Przez długi czas, nie wiedząc jeszcze o braku feedbacku i opóźnieniu w wyświetlaniu komunikatu, chcąc uczynnić kontrolkę, waliłam w nią kilkakrotnie pięścią. W ten sposób czyjeś błędy projektowe skutkowały bólem mojej ręki. No dziękuję bardzo!

Praktyczna znajomość hiszpańskiego

Stwierdziłam z miłym zaskoczeniem, że w Andaluzji w kontekście knajpowym komunikuję się w 100% po hiszpańsku. Myślę, że tajemnicą sukcesu jest generalny brak w tym kontekście czasowników poza dwoma, a te wystarczają w bezokoliczniku (para beber, para comer = do picia, do jedzenia).

Wcześniej nie sądziłam, żeby to miał być jakiś sukces. Ale w knajpie usłyszałam naradzającą się, jak rozmawiać z kelnerem, grupę anglosaskich nastolatków. I stwierdziłam z przyjemnością, że jestem ahead of them 🙂 A tym bardziej prześcigam ich starszych rodaków, którzy nigdzie i nigdy nie używają innego języka niż swój.

Drugim objawieniem, jak dobrze 😉 znam hiszpański, był przejazd katalońską autostradą, na której napisy ostrzegawcze typu “pada – zwolnij” wyświetlano na zmianę po hiszpańsku i katalońsku. Otóż dzięki napisom hiszpańskim zrozumiałam wszystkie katalońskie!

W celu opanowania języka, poza wizytami w mercados, cerveceriach itp., gorąco polecam grę na Androida “Little Alchemy”. Okazało się, że przydało mi się nawet słówko pozornie z kategorii fantasy “bruja”, ponieważ w sklepie mieli środek czyszczący o nazwie “Tres brujas” (Trzy wiedźmy).