Mam teraz do pracy na ósmą, no, może kwadrans po (ale i tak pora nieludzka i niewłaściwa – nikt mnie nie przekona, że jest inaczej). Codziennie rano pierwszym problemem dnia jest wstanie. Pocieszam się, że gorzej być już nie może, tzn. zaliczając pobudki przy grudniowych ciemnościach za oknem, zaliczyłam już najgorsze, co mogło być. Teraz idzie na szczęście ku równonocy.
W każdym razie, szukając możliwych bodźców (do wstania), obrałam wreszcie kawowy. Na szafce nocnej stawiam elektryczny przelewowy zaparzacz do kawy. Napełniam go wieczorem, obok stawiam kubek i kartonik mleka. Nastawiam budzik w komórce na 7. O 7 budzę się tylko po to, żeby wcisnąć START na zaparzaczu i przestawić budzik w komórce na 7:15. O 7:15 kawa jest już gotowa, w zasięgu ręki, więc nie wstając z łóżka, piję kawę w pościeli i autolokalizacja (skąd przychodzimy? kim jesteśmy? po co wstajemy tak rano?) przychodzi jakoś prędzej.
